poniedziałek, 01 marca 2010
z dnia na dzień
mogłabym napisać wiele, powiedzieć raczej trudno. każdego dnia mam jeden dzień doświadczenia więcej. syn rośnie- takie mam wrażenie- sytuację mogę uznać za opanowaną. jednak coś nie gra, nie styka, w pewnym miejscu jest przerwanie więzi, nieszczelne więzy, emocje jakieś rozedrgane... nie wiem, czy jest ti depresja, czy bejbiblus*, zmęczenie, czy może po prostu nowa sytuacja,z którą sobie nie radzę. z synem mam wrażenie kontakt na razie mamy ograniczony, daleko nam do poziomu kaczyński- sarkozy. jedynie porozumiewamy się za pomocą piersi, płaczu, rąk i właśnie... EMOCJI. w jednej chwili mam tak dość, że staję się nawet miejscami wulgarna. patrzę w małe oczy i myślę o tym jak bardzo potrafię nienawidzić, jak bardzo mam dość i zanim usłyszę linię obrony wydaję wyrok skazujący zsyłając nieletniego na wieloletnie roboty w kołchozie. jestem kłębkiem nerwów jednak nie sięgam po papierosa, dlaczego? rzuciłam ze względu na dziecko, wina też nie popijam, w domu nie puszczam tak głośno muzyki, kiedy zasypia ściszam nieco ton. kolejny raz można spytać dlaczego, dlaczego nie robię tego co lubiłam, poświęcam przyjemności dla kogoś, kto zepsuł mi życie, jest moim wrogiem. dziedzic śpi 4 do 5h, karmienie trwa około 1,5 (cyc+butla) za dnia co raz lepiej, marudny, ale do zniesienia, co dzień inne ciuszki powodują, że maluch mi się podoba. fajny, polubiłam Go.mam niesamowita pomoc teściowa mi bardzo dużo pomaga, ciotka jest niczym grupa szybkiego reagowania, po prostu niejedna matka mogłaby mi zazdrościć. chodzę na zakupy, spotykam się z koleżankami, u fryzjera dziś siedziałam ponad godz. czasem mam nawet okazję zasiąść do kompai zapuścić muzykę w słuchawy tak, że mąż może oceniać dokonywany wybór utworów z kilku metrowej odległości. no po prostu pełen luzik... nocne wstawienie mnie już nie męczy, bo 4 h snu to wystarczający czas. w dzień nie śpię, bo nie lubię. nie kocham jednak mojego dziecka, nie mam instynktu macierzynskiego, poza współczuciem, obowiązkiem, litością i przymusem bezpośrednim n ie czuję nic innego. syn zajmuje mi większośc dnia, opeika nad nim jest bardzo ważna i staram sie jak najlepiej się Nim zajmować. podejrzewam, że wraz ze wzrostem dziecka i upływu czasu to wszystko zacznie się zmieniać. spadnie napięcie, waga i zmienię swoje nastawienie do macierzyństwa.mój syn ma jednak tajną broń, która jest jak to mówią WYPASEM. ja potrafie załatwić Jego głośny płacz cycem , wzięceim do łóżka ewentualnie śpiewem (ale tu też sama siebie załatwiam). mój syn robi miny i się UŚMIECHA. żebym nie wiem jak była wściekłą, żmęczona nieletni się uśmiechnie a ja naiwnie myslę, że 6 tyg dziecko uśmiecha się właśnie dlatego, że uważa matkę za fajną babeczkę. fajne w moim dziecku jest to, że uczy mnie cierpliwości i mimo, że czasem hamulec puści i poleca różne takie słowa... to z dnia na dzień robie się spokojniejsza, bardziej wyciszona. kiedy dziedzic się wydziera to tracę cierpliwość, ale pojawia się mała lampka, że On czegoś chce a że dziecko moje ma ograniczony repertuar wykonuję mechanicznie 3 podstawowe czynności i mam luż po 1,5 h bez krzyku płaczu i, i takich tam:) pilnie uczę się mojego dziecka jednak dla młodej, ambitnej pracoholiczki z uwielbieniem dla wolności i pieniędzy jest to nie lada wyzwanie. moze uda mi się te wszystkie rozterki tu pozostawiać, by młode mamy mogły znaleźć potwierdzenie, że nie są złe tylko natura oszukuje człowieka pozostawiając go gdzieś na końcu świata z poczuciem winy, hormonami, dzieckiem, nadwagą i stresem.
sobota, 13 lutego 2010
14 stycznia zmienił się mój świat.
W nocy z 13 na 14 stycznia odeszły mi wody. Mimo oczytania i kodowania wszelkich informacji na temat ujścia wód zostałam zaskoczona niczym polscy drogowcy zimą w grudniu. Na oddział zwany porodowym odwieziono mnie nieco zdezelowanym busem pogotowia a już w siedzibie usłyszałam, że lekarz się nie wyspał- w domyśl: no stara teraz sama rodzisz a ja idę spać. Na szczęście od momentu poczęcia z dziedzicem miałam dobry kontakt i w ostatnich tygodniach pierworodnemu przewróciło się w głowie i dokonał zmiany pozycji. Kiedy usłyszałam, że będzie cięcie byłam bardzo zadowolona. Nie chciałam odgrywać matki polki i nie miałam najmniejszego zamiaru cierpieć nawet w imię rodziny. Bo i po co? Czy jako kobieta nie mogę mieć prawa wyboru? W nosie mam, że CC jest droższe od porodu naturalnego. Co miesiąc setki tysięcy darmozjadów nas okrada a nfz nadal świadczy pomoc alkoholikom, obitym cinkciarzom i sfrustrowanym prostytutkom z kiłą. Poród trwał 15 min. a po zacerowaniu powłok ciała trafiłam na oddział, na którym pielęgniarki były z kosmosu:) Miłe, kulturalne, z poczuciem humoru, zadbane i mega pomocne. Miałam 3 dni i 3 noce na oswojenie się z faktem, że zostałam matką. Nie oswoiłam się, wkurwiłam się strasznie. Syn płakał, ja nie umiałam nic przy nim zrobić. Dotąd asertywna, wygadana oczytana i wesoła kobitka stała się z chwili na chwilę bezsilną, biedną, sfrustrowaną dziewczynką, którą od pięt podgryzał strach. W nocy spałam z dzieckiem w łóżku, bo bałam się Go zostawić i bałam się byc sama. W dzień pomagał mi mąż a ja co raz bardziej płakałam i czułam się oszukana... Cóż sobie myślałam? wiedziałam, że łątwo może nie byc, ale że aż tak?! Po wyjściu ze szpitala równia pochyła. Stres, stres i jeszcze raz stres. Brak snu, pokarmu, cierpliwości. W głowie tylko Kazik i jego przepowiednia, że los się musi odmienić. Z dnia na dzień byo co raz gorzej. Obwiniałam siebie, że się zdecydowałam, męża, że mnie posłuchał i dziecko, że jest... Koszmar. Mija dwa tygodnie, po tzw patronażu, który zaliczyliśmy pozytywnie okazuje się, że lekarka zajęta reklamą drogich super szczepionek przeoczyła pewne sprawy. Z dzieckiem trafiam do szpitala. Kolejny koszmar na moich oczach synowi wbijają igłę w głowę, by pobrać krew, wciskają wenflon mimo Jego protestów. A ja... ja wyję pod drzwiami, ale mam tak dość płaczu dziecka, że nawet nie wchodzę. Bardzo się tej nocy bałam, obwiniałam się, że nie kocham dziecka, że nic do Niego nie czuję a Ono tam samo za drzwiami pomiędzy białymi kitlami cierpi. Nie chciałam jednak udawać matki polki i nie weszłam. Kiedy z dzieckiem trafiliśmy na salę (oczywiście za swój pobyt musiałam zapłacić) zastanawiałam się długo, czy nie powinnam wrócić do domu i zostawić malca pod opieką lekarzy... presja wewnętrzna była silniejsza zostałam. Bałam się, wkurzał,am że np zamiast teraz spać noszę Malucha na rękach, że muszę być matką odpowiedzialną. A odpowiedzialność wynikała z podjęcia jednej decyzji. Po powrocie do domu nadal nic nie czułam do dziecka... Sytuacja zaczęła mnie przytłaczać, bo dlaczego ja mam poświęcać swój czas, rezygnować z czegoś co lubię i w ogóle dlaczego to matka musi zostać z dzieckiem na oddziale, dlaczego matka musi siedzieć na macierzyńskim 3/4 urlopu? Mąż bardzo dużo mi pomagał i tu kolejne schody. Pytałam samą siebie, dlaczego On ma więcej instynktu, cierpliwości, sprytu i dlaczego mój syn zagarnia mi męża? Hormon rozbijał sie o hormon, łza wpływała na łzę, zapomniała co to sen i jedzenie. Zaczął zanikac mi pokarm. Genralnie frustracja za frustracją... CDN...
z frontu macierzyństwa
Postanowiłam dokumentować wątpliwe- jak na razie- uroki macierzyństwa. Kobieta, która dźwiga swe dziecię, po 9 miesiącach diametralnie zmienia swoje życie... czyli jest zmuszona zrezygnować z niego. Dlatego też chcę się zmobilizować i postaram się w serialowym (!!!) skrócie opisywać front macierzyństwa i starcia na polu kobieta/matka/żona/ zwariowana emancypantka.
piątek, 11 grudnia 2009
Wczoraj skończyłam 29 lat. Właściwie nic nadzwyczajnego, ale jakoś tak już jest, że człowiek robi sobie przy okazji okrągłych rocznic podsumowania. Okazuje się, że wychodzi to całkiem nieźle. Większość przemyślanych decyzji procentuje na korzyść a ja nie mogę pisać, że coś jest nie tak. Udane małżeństwo, dziecko w drodze, mieszkanie bez żadnych obciążeń kredytowych. Właściwie jest git. I nie pisze tego, żeby się pochwalić, ale żeby czasem docenić co mam, bo nie raz te moje "fazy ciążowe" potrafią dać mi w kość :). Ciąża przebiega prawidłowo, dziecko należycie się rozwija i na szczęście moje obawy wszelakie z tym stanem zostały rozchwiane. Ale, ale..., żeby za łatwo nie było to od 34 tyg. nękają mnie senne koszmary ze snami erotycznymi na przemian- no to raczej do nękających nie należą:-) Mam duże kłopoty z zasypianiem przez co musiałam iśc na zwolnienie, bo po prostu nie daję rady, wstaję o 4.30 zasypiam ok 9 i tak do 12 w południe śpię. Dobrze, że mam psa, z którym muszę wyjść, bo w przeciwnym razie na stałe zamieszkałabym w sypialni:) Po południu oczywiście drzemka obowiązkowa. Ale akurat ta dolegliwość mi w ogóle nie przeszkadza. Normalnie nie mogę doczekać się, kiedy mój synek wyskoczy na świat. To chyba na tyle, pomału muszę się rozkręcić, ale bardzo mi brakowało tej pisaniny, nawet dla samego faktu, że coś napiszę i będzie. Pewnie teraz będę się dzieliła w większości przeżywaniem ciąży, ale... naprawdę ciąża potrafi zmienić kobietę a i nie jednokrtonie zadziwić:)
poniedziałek, 07 grudnia 2009
A czas leci
6 miesięcy temu ostatni raz tu zaglądałam. Nieco zapomniałam, zaniedbałam, ale zatęskniłam. Teraz pozostał tylko temat do wyboru jako pierwszy... Wracam, ale najpierw lukne na ulubione blogi :)... do zobaczenia.
sobota, 06 czerwca 2009
Absurdalny stan uśpienia
Ciąża jak wiadomo jest konsekwencją pewnych posunięć i poczynań pana i pani. Staraliśmy się o dziecko jakiś czas i chodź oczekiwaliśmy sama wiadomość mnie zmiażdżyła. Dla mnie sama świadomość, że zostanę matką jest tak odległa jak bańka w totolotku. Na szczęście zostało mi prawie 7 miesięcy i przywyknę do roli strażnika, służki, karmicielki i wszelkich innych ról związanych z byciem matką. Mam wrażenie, że mój Mąż łatwiej sobie poradzi w roli ojca niż ja w roli matki. Ja Go normalnie nie poznaję, zaopatruje mieszkanie w stosy owoców, soków i warzyw. Nie pamiętam, kiedy tak się mieszkanie błyszczało, a nawet ja w domu muszę uprawiać biurokrację i zwracać się z prośbą o wydanie decyzji dotyczącej przeniesienia np. kołdry. Po 1 wspólnej wizycie u pani ginekolog mój Kochany Mąż się naprawdę przejął. Nawet przez chwilę miałam wrażenie, że to ich wspólne dziecko. Bo tak się zachwycali "dzieckiem" lukającym z monitora. Ja niestety unieruchomiona (wiadomo jak to babskie usg) miałam wrażenie, że monitor był brudny, no ale też się uśmiechnęłam. Ale nie do końca jest nudno... W pracy koleżanki co chwilę kontrolują moje samopoczucie oraz możliwości kulinarne:), w domu Mężuś rozpieszcza, teściowie stają na głowie a Ja... Ja i moje ziarenko ryżu ;) możemy spać. Wszędzie, o każdej porze, w nieograniczonej liczbie godzin. Na całe szczęście nie mam problemów ze spożywaniem i trawieniem pokarmów i jak nigdy chyba jestem spokojna. Nie razi mnie oczekiwanie na odp. z urzędów w sprawie remontu, drzwi... jeszcze się wybierze, sprawy inne są nieważne. Jedynie na co mam ochotę to sen, truskawki, ogórki i MĄŻ ;) A nawet zdarzają mi się zabawne historie, wczoraj śniłam o pierogach ruskich, jadłam je w barze i popijałam lemoniadą cytrynową::, kiedy się obudziłam czułam ich smak.Więc chyba nie muszę pisać co miałam dziś na obiad. Mam nieodparte wrażenie, że czas się zatrzymał i już nigdzie nie muszę biec, niczego osiągać, po prostu spokojnie sobie żyć.
wtorek, 19 maja 2009
zadziwienie
Po 30 kilku sekundach wyszły dwie kreski. Razem z nimi wyszedł mi pot na czole i radość męża... Co teraz będzie?
niedziela, 17 maja 2009
Bez zrozumienia
Podczas jednej z wielu nocnych rozmów dotyczących
życia, ktoś wpadł na pomysł, żeby pobawić się w zgadywanki.
Zabawa miała polegać na tym, że każdy uczestnik zakrapianego
spotkania po kilku minutach zastanowienia miał powiedzieć kim
będzie za 5 lat. Oczywiście był to okres umowny i wskazywał
jednocześnie, że każdy pójdzie na studia. Noc sprzyjała, zapasy
pozwalały na wielogodzinne dyskusje a repertuar baru pozwalał na
uzewnętrznienie się i szczerość. Nie było wielkich przemówień,
większość z nas miała prosty plan skończyć opłacalny kierunek,
zarabiać kasę i zmienić coś. To COŚ to głównie wyprowadzić
się z domu, żyć na własny rachunek balować, wracać do domu o
późnej porze i być wolnym człowiekiem.Ot proste potrzeby
licealisty z ograniczonym budżetem. Nie interesowała nas polityka,
związki do grobowej deski i reguły z góry ustalone. Każdy z nas
chciał być wolnym ptakiem z pełnym portfelem. Zdana matura była
ostatnim pretekstem do spotkania w starym składzie. Każdy potem
poszedł w swoim kierunku. Jedni na kierunki humanistyczne, inni
wybrali ścisłe reguły ekonomii lub precyzyjneobliczenia na
politechnice.
Od czasu do czasu jeszcze się spotykaliśmy, przyczyną co raz
rzadszych spotkań była zmiana towarzystwa, często miejsca
zamieszkania w końcu policja zamknęła naszą ulubioną mekkę
spotkań a głos Joplin jakby przycichł. Naturalny proces. Dzisiaj
większość z ekipy* ma poukładane życie po swojemu. Niekoniecznie
zgodnie z planem jaki 10 lat temu snuliśmy podczas majowej nocy. Z
większością spotykam czasem się na ulicy, rzadziej na piwie,
wymieniamy zdawkowe cześć, ewentualnie spieszę się i tyle.
Są jeszcze tacy, którzy przypominają mi czasy liceum. W ogóle się
nie zmienili, mam wrażenie, że nadal noszą te same ciuchy,
słuchają tylko określonej muzyki, nawet poglądy się nie
zaktualizowały. Czy są zadowoleni? Nie pytałam, bo aż tak dobrze
się nie kumplujemy, żeby bez oporu zapytać, tak jak 10 lat temu.
Są też panny, który wyrosły z martensów i w banku tłumaczą mi,
że krasa to najważniejsza rzecz w życiu człowieka. Ale ostatnio
spotykam się częściej z koleżankami, z którymi nie dość, że
nie miałam kontaktu w liceum mimo, że siedziałyśmy niedaleko
siebie w klasie, to w ogóle się nie lubiłyśmy. 4 koleżanki A.,
A., M., B, są moimi klientkami. Zapowiadały się w liceum śiwetnie,
przebojowe, skrojone na miarę, wybrały dobre kierunki i w pocie
czoła je kończyły. Czasem śmialiśmy się, że nasze lalki barbie
muszą się upokarzać i być w tej samej klasie co reszta motłochu.
Dzis dzielnie służą ojczyźnie i mężom, pilnują, aby statystyki
stosowania przemocy w rodzinie nie były zbyt niskie. Każda z
nich ma kasę, przystojnego męża, dyplom i sińce pod oczami. Pierwsze spotkania dla każdej z nas były wstrząsające. Mnie nie dziwiła ich obecność, ale każda z nich z niedowierzaniem patrzyła za biurko i wręcz żądała potwierdzenia, że ja to nie ja. Po dłuższej rozmowie, kiedy informowałam je, że moja praca zakończona i nie mogę dalej ich prowadzić były oburzone i nie pomagały tłumaczenia, że nie bo się znamy. Chciały zostać moimi dozgonnymi przyjaciółkami a mnie zamienić w powiernice tajemnic alkowy. Kiedyś inteligentne oczytane dziewczyny, które naprawdę miały pojęcie o medianie, ekonomii, matematyce dziś nie potrafią poradzić sobie z własnym życiem. Pogubione, ciche i nie tak ładne jak kiedyś. Są jednak trochę potwierdzeniem moich teorii, że za młodości człowiek jednak musi się wyszaleć, że szacunek trzeba mieć, ale przede wszystkim do siebie i nie ma na świecie nikogo, kto ma prawo krzywdzić innego człowieka. Smutne to trochę, ale mam wrażenie, że głupim ludziom zawsze będzie źle. Głupim w takim sensie, że nie szanują siebie i nie chcą zmian, oczekują tylko współczucia w zamian nastawiają policzek.
Nigdy nie będę prywatnie umiała zrozumieć braku szacunku ludzi do samych siebie, nawet jeśli czasem udaję, że rozumiem, bo w książce było napisane o zaburzeniach i trzeba klienta zrozumieć. W końcu kiedyś się to zaczyna... zaburzenia w funkcjonowaniu to efekt końcowy.
niedziela, 03 maja 2009
Na zaje...fajny początek dnia
http://www.youtube.com/watch?v=4SF4tprCv6o
Odc. V- osobiste satysfakcje zawodowe.
W pracy rzadko spotykam ludzi normalnych. Nie tyle, żebym pracowała z psychicznie chorymi, ale pracuje ze społecznymi nieudacznikami (ostatnio takiego nazewnictwa użył pan z kontroli). Pracuje z młodymi ludźmi i ich rodzicami. Z młodszymi klientami weszłam w tak zwany układ, pomagam tyle, na ile to możliwe przy jednoczesnym przestrzeganiu zasad a oni wykonują swoje obowiązki. Mimo, że pomoc należy im się bezwarunkowo my stworzyliśmy sobie kodeks, który zastrzega sobie ważną regułę" Nic nie dostaniesz za darmo". Jeśli ktoś łamie tą zasadę ja wertuję sterty papierów i wyszukuje przepisu, który uniemożliwi delikwentowi skorzystanie z mojej pomocy przy jednoczesnej akceptacji miłościwie nam panujących kodeksów, ustaw, druczków, kruczków i taki tam innych. Idzie mi dobrze i nie notuję kłopotów, jeśli trzeba poza godzinami pracy nieodpłatnie doradzę ,wysłucham, opieprzę i pochwalę. Układ mamy czysty, państwo dorabia się pokolenia młodych pracowitych i zdrowych psychicznie zapaleńców do życia, którzy myślą i nie obawiają się wykorzystać mózgu. Zdarza się i owszem klient, który jest niezadowolony, gdy słyszy moja diagnozę i nie chce nawet skorzystać z pomocy trzaska drzwiami i ląduje u dyrektora ze skargą na mnie:) Wtedy już pozostaje mi tylko zbierać pochwały, bo wiadomo jak każdy szef i mój lubi oszczędności i trafione "inwestycje". Sytuacja kończy się zazwyczaj podobnie... oskarżyciel wraca i zaczyna nad sobą pracować, alb już więcej się u mnie nie pokazuje. Moje dość drastyczne (dla mnie jest normalne i zdrowe) podejście do klientów stąd sie bierze, że mam alergie na nierobów, naciągaczy wyłudzaczy i innych tego typu darmozjadów, którzy kiedy trzeba nie potrafią się podpisać, ale jak potrzebują coś ukraść z kiesy państwa recytują wersety przepisów.Wysiłek takich darmozjadów polega na wyciąganiu łapy w urzędach, poradniach i na ulicach. Podchodzę do tego być może ideologicznie, ale uważam, że człowiek staje się wartościowy tylko, wtedy jak daje coś z siebie. Korzyść jest po 2 stronach. Zauważyłam, że jak młody człowiek osiągnie drobny sukces w swoim życiu, albo uda mu się coś załatwić po jego myśli, ma większą ochotę do pracy nad sobą i z czasem przynosi to dość dobre efekty. W konsekwencji my mamy w kolejnego zaradnego obywatela a osoba taka się dowartościowuje i zaczyna widzieć te pozytywne strony. Rodzice młodych niestety bardzo rzadko podejmują współpracę, najczęściej kończy się ona na obiecywaniu poprawy, doskonaleniu sztuki kłamstwa i próbie wyłudzania i oczywiście skargach na moja osobę.Co mnie jedynie motywuje do dalszego działania. Są też nieliczni, którzy jednak podejmują taki wysiłek. I chwała im za to. Ostatnio podczas pracy terenowej poznałam małżeństwo, wychowują wnuka i mają z nim niemałe problemy. Wiadomo nastolatek i dziadkowie po 50 to jednak mieszanka wybuchowa. Zazwyczaj na zdiagnozowanie wstępne potrzebuję 30 min. Kilka standardowych pytań, kilka spojrzeń na mieszkanie i wiadome jest co najbardziej boli rodzinę, potem kwalifikacja do pomocy specjalistycznej i dopiero wtedy można podziałać. Ustalam plan z rodziną, proponuje rozwiązania i dostosowuję do potrzeb i możliwości. Wiadomo dla ludzi są szokiem takie działania, bo nagle ktoś wyznacza granice, więcej niż jedna osoba zajmuje się rodziną, która w zasadzie problemu nie widzi.Często problemy są wstydliwe, albo rodzina je wypiera, uznaje, że jest ok. Zanim jednak doszłam do domu wspomnianej rodziny, przeniosłam się do krainy baśni. Do ich domu prowadziła droga usypana ze złotego piasku, który błyszczał niczym diamenty rozsypane, wokół lasy zielone. Szum koron drzew na przemian łączył się z szumem strumyka, który wyznaczał trasę do domu państwa B. On straszy, dłonie zdradzały, że nie obca mu praca fizyczna, Ona mimo wieku bardzo ładna kobieta, drobna, delikatna twarz,która zdradza cechy matczynej miłości i woli walki. Nie radzą sobie z 17- latkiem, inteligentnym chłopcem, który nadal boryka się z problemem śmierci matki- zaćpała się. Problem złożony i właściwie powinnam zakwalifikować do terapii rodzinnej, wzmożonego nadzoru nad chłopakiem i powrócić na łono biurokratycznej sielanki wypisując indywidualną kartę rodziny. Po 2 godzinnej dalszej dyskusji z rodziną byłam pod wrażeniem tych ludzi. Pomimo wielkiej tragedii nie załamali się, On opowiadał jak uczy wnuka przybijać gwoździe, uczy jazdy konnej (mają własną stadninę), jak tłumaczy wnukowi, że olej po smażeniu ryb nie może byc wykorzystany do smażenia naleśników. Opowiadał też jak bardzo nie chce i nie umie mówić o śmierci córki, pokazał klacz, którą nazwał imieniem córki i w pewnej chwili grochy z oczy spadały nieopanowane. Ona opowiadała jak kocha swoje zwierzęta, jaka jest różnica między miłością a miłością. Planują wspólną przyszłość z wnukiem, ale już dziś wiedzą, że bez jego pomocy nie dadzą rady. Takich postępów wychowawczych jakie Oni osiągnęli może pozazdrościć niejeden pedagog z długoletnim stażem. Prości ludzie, bez szkół wyższych, ze zwierzętami na podwórku, sercem na dłoni i szacunkiem do ludzi, dla mnie byli takim magicznym małżeństwem. On patrzył na nią i chwalił ją za to, że najpiękniej na świecie się starzeje, Ona powiedziała, że jest najbardziej zgryźliwym facetem jakiego poznała i dlatego go pokochała. Nie robili tego sztucznie, nic nie było wyreżyserowane, po prostu Oni się strasznie kochali. Wnuk... jedyne czego pragnie to zapomnieć, umrzeć, zaćpać się, przytulić się do matki i powiedzieć, że jest straszną suką, bo go zostawiła. Dramat rodzinny z niezliczoną ilością aktów... mam nadzieję, że Im się uda, bo mają wole walki. Właściwie nic nowego dla mnie, bo takie ludzkie dramaty widzę na co dzień, potem układam je w równym rzędzie, gdzieś pomiędzy alkoholizmem a przemocą. Czasem, kiedy sprawę przekazuję komuś innemu wracam do niej pod dłuższym czasie z nadzieją, że się udało, że poszli jeden krok do przodu. Czasem smutno mi, że pomimo rokowań nic nie dało się zrobić. Cieszę się, że poznaję tak wspaniałych ludzi i nawet fakt, że czasem jest trochę niebezpiecznie, niewygodnie i trudno to ja jednak to lubię.
|
Zakładki:
Tam zaglądam
Wór pełen słodyczy a każdy cukierek inaczej smakuje
|